Close

Luty 15, 2017

Chcesz zarabiać? Naucz się odmawiać!

Zamówienia posypały się jak z rękawa. Tylko ja jakoś wciąż nie miałam odwagi brać za swoją pracę pieniędzy… Po długich miesiącach bezskutecznego poszukiwania posady wpadłam na pomysł, by założyć własną firmę graficzną. Pracę straciłam trzy lata temu. Zwykłe redukcje, które jednak zwykłe nie były, bo objęły wyłącznie starszą kadrę. No cóż, młodzi szefowie woleli otaczać się młodym zespołem. Miałam wielkie poczucie żalu, bo w tej firmie spędziłam ponad dwadzieścia lat. Zajmowałam się obsługą klienta, tylko to umiałam robić.

Paweł twierdził, że na pewno zaraz znajdę pracę, jako sprzedawczyni. W eleganckim salonie z superdrogą odzieżą, bo jestem kobietą z klasą, mam wyczucie stylu i potrafię porozmawiać spokojnie nawet z największym chamem. Nie byłam pewna, jak z dwoma pierwszymi sprawami, ale z trzecią trafił w punkt. W naszej firmie zdarzali się przecież naprawdę różni klienci, a jednak zawsze, koniec końców, dziękowali za sprawną obsługę. Niestety, ani przepowiednie męża, ani moje nadzieje nie ziściły się. Większość firm, do których wysyłałam oferty, nawet mi nie odpowiedziała. Chcąc się dowiedzieć, w czym rzecz, zadzwoniłam do jednej z nich.  Po prostu szukamy kogoś młodszego padła bezlitośnie szczera odpowiedź.  Płakałam do późnej nocy, choć Paweł tłumaczył, że na pewno coś źle zrozumiałam, a jeśli dobrze, to jakiś wyjątkowy przypadek. Dobrze wiedziałam, że to nic wyjątkowego. Po prostu przekroczyłam smugę cienia.  Kto chciałby zatrudnić starą babę? Jaką starą, no dajże spokój… Kolejne mijające tygodnie zamieniały się w miesiące. Wszystkie były straszne, tak jak straszne potrafi być poczucie, że nikt cię nie chce. Mnie nie chciał nikt. Snułam się po mieszkaniu w podomce, piłam kawę za kawą, a i tak popołudniami ucinałam sobie półtoragodzinną drzemkę. Myśląc w kółko o tym, jak bezużyteczna jestem, skoro przejadam nasze rodzinne oszczędności, starałam się nie jeść. A paradoksalnie wciąż czułam głód. Stąd ta kawa, stąd to spanie… Zaczęłam wpadać w depresję. Nie chciało mi się nic, gdy nagle zdarzyło się coś, co wróciło mnie światu…. Zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy, młodsza o dekadę i w potrzebie.  Dorota, pomocy! Potrzebuję na jutro zgrabnej prezentacji dla klienta, wiesz, nic takiego szablonowego, bo on wymagający. Ty, pamiętam, umiałaś robić takie cuda. Od razu mówię, że grafika pytałam, ale on nie ma czasu. I chyba umiejętności zachichotała na koniec Magda. Natychmiast się ożywiłam. Prezentacje uwielbiałam. Mieliśmy w firmie program, którego prawdziwych możliwości nikt oprócz mnie tak naprawdę nie wykorzystywał. Moje prezentacje intrygowały i przykuwały uwagę. Potrafiłam godzinami siedzieć nad szatą graficzną, nad animacjami, żeby na koniec wzbudzić zachwyt odbiorców. Nasz firmowy grafik miał na mnie alergię. Co rusz wpadałam do jego mikroskopijnego gabinetu z kolejnym pytaniem, jak zrobić to czy owo. Przewracał oczami, ale potrafiłam być uparta.  Jasne, że ci pomogę odpowiedziałam natychmiast. To prześlę ci materiały na mejla, dobra?  Dobra. Wieczorem, kiedy mąż wrócił z pracy, zastał mnie siedzącą z wypiekami przed komputerem.

Co robisz, kochanie?  Prezentację.  Jakieś zlecenie?  Można tak powiedzieć, pomagam koleżance z pracy.  I super ucieszył się, widząc, jak ja się cieszę, że mam wreszcie inne zajęcie niż wycieranie z kurzu po raz setny tej samej półki. Prezentacja zrobiła wrażenie, a koleżanka słała mejlowo podziękowania przez trzy kolejne dni. Wtedy na to wpadłam. Kurczę, przecież to było coś, co tak naprawdę kochałam robić. Obsługiwać klientów może i musiały młode, śliczne laski, ale siedzieć za ekranem komputera mogła również stara baba. Najważniejsze, co stworzy. A ja zawsze miałam do tego smykałkę. I interesowało mnie to.  Studium grafiki komputerowej? Świetnie, super pomysł  uznał Paweł, kiedy wyznałam mu, jakie mam plany.  Masz artystyczny zmysł, a na tym da się zarobić. Chyba…  Pewnie, że się da  przekonywałam.  Czesne szybko się zwróci  właśnie z powodu opłaty było mi szczególnie niekomfortowo. Przecież za tę moją spóźnioną edukację musiał zapłacić mąż. Ale zapłacił, kochany mój. I oto, po dwóch latach zmagań, miałam to. Miałam czarno na białym, że nim jestem. Grafikiem komputerowym… Starannym pismem, dużymi literami zapisano w oprawionym na sztywno dyplomie, że skończyłam grafikę komputerową z wynikiem „bardzo dobrym”. Ależ byłam dumna! Stanowiłam żywy przykład na to, że na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno. Ze nawet po czterdziestce można się z sukcesem przekwalifikować. Postanowiłam pójść za ciosem i natychmiast otworzyć działalność. Ogłosiłam się w branżowych pismach, dałam znać znajomym na FB, obdzwoniłam przyjaciół. Czekałam na zlecenia. Pierwsze przyszło szybciej, niż mogłabym się spodziewać.  Dorotka, z nieba mi spadłaś  zapukała do mnie sąsiadka z parteru. Parę miesięcy temu otworzyła firmę sprzątającą, nawet pytała, czy nie chciałabym u niej pracować, ale to mnie jednak nie pociągało. Dość nasprzątałam się u siebie, odkąd przeszłam na bezrobocie, nasze mieszkanie lśniło.  Pojęcia nie miałam, że znasz się na tym, a właśnie kogoś takiego potrzebuję na cito. Ulotki muszę wydrukować, a chciałabym, żeby miały ręce i nogi. Ja pojęcia o tym nie mam.  Zaprojektuję, pewnie  ucieszyłam się.  Tylko wiesz, ja bez kasy jestem aktualnie. Nie widziałam problemu. Ja dopiero zaczynałam, więc ta praca nie kolidowała z niczym, a przydałaby się do portfolio. Sąsiadka była zachwycona i musiała napomknąć o mnie temu i owemu, bo dwa dni później do moich drzwi zapukała babka ze spółdzielni. Kiedyś pomogła mi w rozwikłaniu rozliczeń stawek za wodę, a teraz jej córka chciała odświeżyć logo swojego butiku, a co to dla mnie takie logo. Jasne, nie ma sprawy  odpowiedziałam. Tydzień nad tym siedziałam, zanim w końcu trafiłam w gust córki. Dostałam za to paczkę kawy.  Dobre i to powiedział mąż. Wolałabym gotówkę, ale… Co w końcu innego miałam  do roboty? Uznałam, że nie jest źle. Potem poszło jakoś tak lawinowo… Sąsiadka sąsiadki, kolega sąsiadki, sklepowa z delikatesów na rogu, przyjaciółka z liceum, kuzyn Pawła, a następnie jego żona… Projekty szyldów, plakatów, wizytówek, cenników. Po starej znajomości, bo przecież mam pewnie czas, bo co to dla mnie, chwila, moment tylko, żaden problem. W zamian podziękowania ustne, pisemne, telefoniczne, jeden bukiet kwiatów i jedna butelka wina.  Ale nie ma co narzekać, najważniejsze, że jest robota przekonywałam samą siebie. Ona naprawdę dawała kopa. Chciało się rano wstawać, nawet jeśli wstawało się półprzytomnym, gdyż siedziało się całą noc przecież każde zlecenie było na cito.  Tak nie możesz, bo z torbami pójdziemy, musisz sobie ustalić cennik  przebąkiwał Paweł, ale jak mogłabym nie zaprojektować oferty dla koleżanki z jogi? Na którą co prawda przestałam chodzić dawno temu, żeby nie nadwyrężać mężowskich funduszy, ale jednak znajoma odnalazła mnie na FB w chwili pilnej potrzeby. Miałam jej powiedzieć: „Dobrze, ale za sto złotych”.?. Jakoś ,nie potrafiłam…  Biznes to pieniądz, twoje umiejętności to pieniądz. Naucz się żądać uczciwej zapłaty niecierpliwił się mąż. Chciałam, nawet bardzo. Ale sama się nie nauczyłam. Życie mnie zmusiło…  Pani Doroto, błagam o pomoc zadzwoniła do mnie babka ze spółdzielni, ta od logo. Wymagająca bestyjka, ostatecznie zaakceptowała dziesiąty z kolei projekt.  Muszę zrobić katalog sklepu, bo może uda się wrzucić rzeczy na platformę sprzedażową. Dla mnie to szansa stanąć na nogi, wie pani… Biznes stacjonarny tak strasznie kuleje. Dałaby pani radę? Mama mówiła, że na pewno, że pani jedna mi pomoże.  No dobrze  wybąkałam; zastanawiając się, jak napomknąć o zapłacie.  Odwdzięczę się kiedyś jakoś.  OK, nie ma sprawy  odpowiedziałam, ciesząc się, że rozmowy tej nie słyszy mój coraz bardziej zniecierpliwiony moją charytatywną działalnością mąż. Katalog musiał powstać w mgnieniu oka, bo zaledwie w ciągu pięciu dni. Tymczasem zdjęć ciuchów, w większej części nie dość ostrych, a zatem do powtórzenia, miałam do poskładania kilkaset. Nie jadłam, nie piłam, tylko siedziałam przy komputerze, starając się sprzedać jak najlepiej nawet to, co było niesprzedawalne z widocznych gołym okiem powodów. Cóż, córka pani z administracji nie handlowała modą z wyższej półki… Od czego jednak miałam fantazję, inwencję, umiejętności i narzędzia? Od tego, żeby sprzedawać niesprzedawalne  tego uczyli mnie przez dwa lata. Po trzech dniach pracy nad katalogiem zaczął do mnie ktoś dzwonić. Trzech połączeń nie odebrałam, bo po prostu akurat miałam wenę i nie chciałam jej stracić, ale czwarte nadeszło w chwili, w której od jakichś piętnastu minut tępo wpatrywałam się w ekran komputera. Usłyszałam męski głos. Przedstawił się z imienia i nazwiska, powiedział, że dzwoni z firmy takiej a takiej i że chce u mnie zamówić projekt szyldu, który ma zawisnąć na elewacji kamienicy stanowiącej siedzibę tejże firmy. Słuchałam tego wszystkiego jakby z niedowierzaniem.  Skąd pan o mnie wie?  Ogłaszała się pani w branżowej prasie. No tak… Nie wiedziałam, co powiedzieć, bo o tych ogłoszeniach już dawno zapomniałam. W natłoku wszystkich darmowych obowiązków. Na szczęście facet wiedział, co powiedzieć.  Ile by to kosztowało?  zapytał. Usiłowałam przekalkulować, ale tak naprawdę strzeliłam na chybił trafił. Na dodatek dużo więcej, niż chciałabym dostać za taką pracę.  Tysiąc pięćset.  Stoi. Nie dowierzałam własnym uszom.  Na kiedy?  zapytałam, siląc się na profesjonalizm.  Na pojutrze. Pojutrze? Jezus Maria, pojutrze musiałam mieć gotowy katalog! Który nie zostawiał mi pół minuty wolnego! I z którym, tak między Bogiem a prawdą, wciąż byłam w lesie!  Nie da się nieco przesunąć terminu?  Przykro mi, mamy plany, to się musi zamknąć w tym miesiącu. W razie czego… Powiem to pani na ucho… Budżet jest nieco większy, więc jeśli ma pani wyższe stawki na ekspresowe terminy…

Czyli mogłabym zarobić jeszcze więcej?! Z trudem powstrzymałam  się, żeby nie jęknąć do słuchawki. Zaczęłam się stresować. Niestety, choćbym wiem, jak kombinowała, nie potrafiłam tego rozciągnąć, cholerny katalog ledwo się mieścił w tych trzech dniach, które miałam do dyspozycji.  Niestety, nie zdążę… jeden Bóg wie, ile kosztowały i te trzy słowa…  Rozumiem, w takim razie dziękuję, do usłyszenia, klient się rozłączył. Tyle.

One Comment on “Chcesz zarabiać? Naucz się odmawiać!

Pieniądze z wąsem
Luty 21, 2017 at 12:21 pm

[…] których jesteś niezastąpiony  mówi Jacek Santorski. Niezbędnym krokiem jest asertywność.  Musisz nauczyć się odmawiać, kierując się zasadą, że lepiej zrobić mniej, a dobrze, niż dać się zasypać zleceniami, […]

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *